

Grażyna Cieślińska - projektantka
i właścicielka sieci Salonów Sukien Ślubnych Parisette. Laureatka
Złotego Wieszaka. Polska Dama Biznesu.
Rozglądam
się. Na manekinach wiszą suknie z przezroczystego tiulu i bogatej,
jedwabnej koronki w piaskoworóżowym kolorze;
haftowane złotem, przetykane nićmi w kolorze starego srebra.
Suknie drapowane, stebnowane, zdobione atłasowymi wstążkami;
uzupełniane kompozycjami z kremowych róż, złocistych orchidei
i bladoceglastych
dzbaneczników.
Syrenie
suknie cięte ze skosu wykorzystujące szczególną własność układania
się materiałów, żyjące swoim własnym życiem. Obok kompozycji
wyróżniających się zdyscyplinowanym umiarkowaniem, konstrukcje
inspirowane kostiumami do oper Pucciniego "Madame Butterfly"
i "Tristana i Izoldy" Wagnera. Wszystko to, mimo teatralnego
przepychu urzeka lekkością.
YOU!: Kiedy patrzę
na Pani opaleniznę, widzę odległe, egzotyczne wyspy.... Jak
spędziła Pani wakacje?
Grażyna Cieślińska:
Po raz pierwszy od 10 lat miałam urlop,
a opalenizna jest pamiątką z dwutygodniowej pielgrzymki do Częstochowy.
YOU!: Jak przeżyła Pani ten szczególny czas?
G. C.: W swoim
życiu doświadczam często cudownych momentów. Piętnaście lat
temu i moja mama była ciężko chora. Lekarze nie dawali jej żadnej
nadziei na powrót do zdrowia. Wbrew medycznym diagnozom i racjonalnym
przesłankom - wyzdrowiała.
 |
Przyrzekłam
sobie wówczas, że pójdę
podziękować Matce Bożej za ten cud. Wraz ze mną wybrała się
moja 8- letnia wnuczka - Anastazja. To ona wspierała mnie słowem
i dodawała odwagi, kiedy pęcherze na obolałych stopach przypominały
o trudach podróżowania. Owocem pielgrzymki jest pokój, który
mam teraz w głębi serca. Nie zamieniłabym go na nic innego.
YOU!: Czy znajomi nie zasypywali Pani po powrocie pytaniami?
G.C,: Owszem,
przychodzą, patrzą, oglądają, nie dowierzają.... Dla wielu osób
najstosowniejszym i być może jedynym miejscem stosownym dla
projektanta jest wybieg, po którym przechadzają się modelki.
YOU!: Wystrój sklepu zaaranżowanego w starym stylu zwraca uwagę
starannie przemyślaną stylizacją: wiekowe kasy sklepowe, przypominające
czasy subiekta Wokulskiego; dziesięć dwunastoramiennych, kryształowych
żyrandoli i cztery zegary,
z których żaden nie odmierza już czasu...Rekwizytornia nastroju
i klimatu.
G. C: Nie lubię
nowoczesnych wnętrz. Uważam, że tak jest "cieplej", ale też
elegancko i przytulnie. A zegary... No cóż, tutaj czas się "zatrzymał"...
Kiedyś wezwaliśmy zaprzyjaźnionego zegarmistrza, który uruchomił
jeden z zegarów. Tyle tylko, że ten naliczał czas wstecz. Ciągle
się cofał, jakby nie chciał przekroczyć zaczarowanego progu
współczesności. Wiele dziewcząt zamawiających u nas suknie twierdzi,
że nasz salon jest magicznym miejscem, Krainą Spełnionych Marzeń.
YOU!: Czy jako dziewczynka ujawniała Pani talenty projektanckie,
np. ubierała swoje lalki?
G. C.: Nie!
Nie miałam nawet takich ciągot. Po wyjściu za mąż pojawił się
pomysł związany z konfekcją. Właściwie to nie ja zdecydowałam
się na modę. To moda zdecydowała się na mnie. Szyjemy tutaj
wszystko na miejscu, chociaż materiały sprowadzamy z Zachodu.
 |
Z
Londynu i z Lyonu, konkretnie
z Calais, gdzie są stare zakłady koronkarskie.
YOU!: Z jakich materiałów szyjecie Państwo suknie ślubne?
G. C.: Naturalne,
szlachetne jedwabie; welury na przezroczystej osnowie; szantungi,
satyny, tafty, organtyny, muśliny. No i oczywiście koronki uszlachetniane
ręcznie, ozdabiane. Naszywane kamieniami, perłami, kwiatami.
Od niedawna współpracujemy ze znanym jubilerem francuskim, nabywając
u niego imitacje diamentów.
YOU!: Jakie intencje towarzyszą Pani działalności jako projektanta
mody? Suknie jak ramy dodają wytworności kobietom, ale czy nie
stoi za tym również aspekt marketingowy?
G.C.: Tworzę
konfekcyjne ramy, z pełną świadomością, że są one dodatkiem,
a nie treścią. Tym niemniej dodatkiem niezwykle istotnym. Skoro
mamy swojego Ojca w niebie, który jest Królem stworzenia, a
my jesteśmy jego dziećmi, to wobec tego synowie Króla są książętami.
Jego córki zaś księżniczkami. Już na co dzień - w miarę swoich
możliwości - księżniczka ma wyglądać po książęcemu, a w dniu
zaślubin uwidacznia się to w sposób szczególny. Proszę zwrócić
uwagę, że chociaż bezpośrednio Ewangelia nie mówi nic na temat
elegancji Maryi, to wzmianki biblijne na ten temat są liczne.
Wystarczy przypomnieć Pnp 6,10: "Kimże jest ta, która świeci
z wysoka jak zorza, piękna jak księżyc, jaśniejąca jak słońce,
groźna jak zbrojne zastępy". To wszystko jest hymnem na cześć
elegancji Maryi. Oczywiście elegancji w sensie wytworności wewnętrznej,
a nie płynącej
z częstego odwiedzania "butików" w Nazarecie lub "salonów mody"
w Jerozolimie. Wczytując się dokładniej w treść poszczególnych
ksiąg Biblii, można jednak snuć także przypuszczenia o elegancji
zewnętrznej Maryi. Kościół nazywa Ją przecież Różą Jerycha,
Konwalią majową. Cedrem Libanu, Palmą Kedeszu...
YOU!: W jakim czasie przed ceremonią zaślubin powinna zgłosić
się do Państwa przyszła panna młoda, aby zdążyć z uszyciem sukienki?
G. C.: Przynajmniej
3 miesiące przed ślubem. Każda młoda dziewczyna chce mieć kreację
zaplanowaną wyłącznie dla niej, egzemplarz pojedynczy, niepowtarzalny.
Projekt powstaje bezpośrednio na kobiecie.
To
nie jest tak, że my od razu tę suknię widzimy. Ona jest rzeźbiona
na niej i powstaje przy współudziale zainteresowanej, dlatego
potrzebujemy kilku spotkań. To jest realizacja jej marzenia.
Bardzo często młoda kobieta nie wie w szczegółach jak ma wyglądać
jej suknia. Ona jest pewna tylko jednego: "Suknia ma być piękna!".
Wiele razy jest tak, że dziewczyna przyjeżdża po suknię białą,
a wyjeżdża z kremową i jest zadowolona. Te zmiany następują
bardzo często w trakcie.
YOU!: A czy nie zdarza się też tak, że dziewczyna przyjeżdża
do Państwa już z gotowym pomysłem?
G. C.: Rzadko.
Nawet jeśli ma konkretny projekt, on często ulega zmianie.
|
YOU!: Z perspektywy lat, jak Pani ocenia, od czego zależy wygląd
sukienki, którą założy na siebie panna młoda w dniu ślubu?
G. C.: Od jej
wnętrza, jej serca. Oczywiście, że dla każdej dziewczyny jest
inna suknia! Dlatego, kiedy ona pojawia się u nas po raz pierwszy
z decyzją złożenia zamówienia, wszystko zaczyna się od ucha.
My słuchamy ją, kiedy ona opowiada o tym jak chciałaby, aby
ta suknia wyglądała. Słucham ja, słuchają panie plastyczki zastanawiające
się nad wyborem ornamentów. I suknia zaczyna powstawać przestrzennie
w naszej wyobraźni. Czasem zaczyna się ona od obrazu jakieś
części, detalu sukienki. Rzadko mamy gotową od razu całościową
wizję.
YOU!: Źródło inspiracji twórczych....
G. C.: U nas
pracujemy sercem. Generalne nastawienie jest następujące: chcemy,
aby dziewczyna w dniu ślubu wyglądała pięknie. Sztab ludzi pracuje
nad jej wyglądem. I rzeczywiście powstają zachwycające kreacje;
często efekt końcowy przerasta nasze oczekiwania, mimo tego,
że z założenia chcemy dać maksimum. To nie jest tylko samo szycie.
To jest duża dawka serca włożona zarówno w proste jak i złożone
czynności: krojenie, naszywania, ozdabianie, wykańczanie, prasowanie,
nadawanie gładkości szwom. Zależy nam na tym, aby w tym najpiękniejszym
dniu w życiu, dziewczyna była na prawdę szczęśliwa. Niedawno
szyliśmy suknię dla dziewczyny -lublinianki, której mąż jest
rodowitym teksańczykiem. Zgodnie z życzeniem rodziców. Pan Młody
zabierał Pannę Młodą do kościoła, już ubraną w pełnej gali,
bezpośrednio od nas. Podjechał po nią limuzyną tuż pod sam salon,
wszedł... Ona właśnie schodziła ze schodów. On właśnie zamykał
za sobą drzwi. Spojrzał i ... Jakby ktoś niespodziewanie rozerwał
sznur pereł. Kultura europejska wzbraniająca łez mężczyznom
straciła swoją wiarygodność.
YOU!: Jak wyglądała narzeczona Teksańczyka?
G. C.: O! Natalia
to dziewczyna wyjątkowo delikatnej urody. Jej białą, długą suknię
pokrywały misterne, biżuteryjne kwiaty. Zużyliśmy kilka tysięcy
maleńkich brylancików. Suknia lśniła na krawędziach załamań
fałd, rozbłyskiwała świetlistymi refleksami, dając wrażenie
żywej, ruchomej kolii, wręcz iluzji. Sądzę, że poza naszym wysiłkiem
jest jeszcze coś - czy może przede wszystkim to - co dodaje
Matka Boża wszystkim pannom młodym: Użycza im Ona Swojego blasku,
okrywa ich płaszczem Swojej obecności. W końcu to za Jej przyczyną
pierwszy cud w Kanie Galilejskiej uczyniony został dla zakochanych.
YOU!: Ile materiału zużyto na ową "iluzję"?
G. C.: Jakieś
30,40 metrów. To był szyfonik - kryształek francuski. Do tego
jeszcze tren z koronki, około 10 metrów. Plus pół belki na spodnią
halkę, czyli ok. 20 metrów.
YOU!: Czy suknie mają jakieś swoje nazwy własne?
G. C.: Owszem.
Mamy przepiękną ślubną suknię pokazową "Titanic", "Przeminęło
z wiatrem". Niektóre tytuły kreacji związane są ze stylem zachowań
się ich nabywczyń podczas przymiarek. W taki oto sposób "narodziła
się" np. "suknia rzewna" czy "cud nad Wisłą".
YOU!: Czy nadal króluje niepodzielnie biel?
G. C.: Zdecydowanie
wraca biel i wszystkie jej odcienie.
 |
Poza tym: ecru, trochę różu także w tym roku było,
no i kilka sukni jasnoniebieskich. Można dostrzec akcenty innych
kolorów w hartach, wzorach kwiatowych i dodatkach. Suknie szyje
się zarówno
z gładkich jak i połyskliwych tkanin. Koronki pojawiają się
głównie w wykończeniach. Welony z tiulu okrywają tak ramiona
jak i doły sukni.
YOU!: Jakie inne dodatki do sukien ślubnych projektuje Pani?
G. C.: Welony,
kapelusze, rękawiczki, diademy. Całkiem niedawno uzupełniałam
toaletę tiulowym, koronkowym wachlarzem, rozpiętym na delikatnym
stelażu. Elegancja to nie tylko przepych. To przede wszystkim
styl. Stąd symetrię - symbol perfekcji zastąpić można efektem
nakładanych wielowarstwowo tkanin. Poza tym generalnie chciałabym
zaproponować młodym dziewczynom nowy rodzaj zmysłowości - skromność.
Zawsze też powtarzam: "Bądź sobą, a będziesz Kimś".
YOU!: Jak wyglądają przymiarki?
G. C.: To są
duże emocje. Czasem dziewczyny płaczą przy miarach. Zdarza się,
że... mdleją. Niejednokrotnie efektem rygorystycznych diet przedślubnych
jest zmiana rozmiarówki. Mieliśmy dziewczynę, która przy pierwszej
miarze nosiła 38, przy ostatniej 36. Tak bywa. Ale suknie wydajemy
tydzień przed ślubem zawsze jest jeszcze czas na zaszewki lub
na generalne zwężenie.
YOU!: Kiedy myślę o sukni Natalii, "Ważce", zastanawiam się
nad katorżniczym nakładem pracy włożonym w umocowywanie diamencików,
precyzję draperii i ornamentów...
G. C.: Istotnie.
Dla efektu końcowego zamierzonego wzoru, komponowanego z "drobin"
(średnica najmniejszych brylancików nie przekracza 2 mm) potrzebna
jest peseta i zegarmistrzowska wręcz dokładność przy naklejaniu
ich na materiał. Najmniejsza nawet pomyłka powoduje zmianę kąta
załamywania się promieni świetlnych i utratę opalizacji.
 |
Nasze
plastyczki "rozbijają" metry gipiury na drobniejsze elementy,
pokrywając je setkami perełek i kolorowych szkiełek. Jest to
misterna dziubanina, rodzaj pracy, który absolutnie wyklucza
pośpiech i przypadkowość. Naszywanie to przede wszystkim pokłute
ręce. Zrogowaciałe opuszki palców, przypominają małe sitka do
cedzenia herbacianej esencji. Naparstek, przy tak delikatnych
i niewielkich płaszczyznach, nie sprawdza się, nie "czuje".
Nie pozostaje wówczas nic innego jak... (bezradne wzruszenie
ramion). No, po prostu: siedzi się, płacze i naszywa....
YOU!: Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że tyle wysiłku kosztuje
"uroda" ślubnej sukni.
G. C.: Wiele
osób w taki właśnie sposób widzi tę sprawę. Jeszcze większej
grupie nigdy "komponowanie" sukni ślubnej nie kojarzy się ze
łzami, napięciem ścinającym z nóg (trzeba zdążyć na czas z ostatnimi
poprawkami, a została już tylko jedna, krótka noc) i ogromną
odpowiedzialnością. Panna młoda musi być zadowolona, a nam osobiście
zależy na tym, żeby ten dzień był dla niej wyjątkowy.
YOU!: Pani Grażyno, jeśli wielkie krawiectwo godne jest miana
sztuki, to chciałabym zapytać, czego życzy się projektantom?
Oskara Mody, zdobycia diamentowego naparstka?
G. C.: (uśmiechając
się tajemniczo) Niekoniecznie. My chcielibyśmy tylko uszyć w
prezencie ornat dla Ojca Świętego... No i żeby się spodobał.