Adam Małysz



Arka Noego


Golec uOrkiestra

 

przeciw ateizacji - odpowiedź na apel Jana Pawła II 


YOU!: Jaki jest kontekst sytuacyjny powstawania muzycznej Arki?

R.F.: Na moich płytach z ostrą muzyką rockową pojawiały się - od czasu do czasu - krótkie melodyjne wstawki,
właściwie epizody. Gdzieś tam chodziło za mną granie spokojniejszych tekstów. Któregoś dnia, podczas realizacji drugiej płyty z Tymoteuszem odebrałem telefon z TV. Zapytano mnie, czy mógłbym napisać piosenkę, którą wykonaliby muzycy rockowi, w związku z Rokiem Ojca
i pielgrzymką Papieża do kraju . "Nie jest to przypadkiem pomyłka? Kto Wam dał mój numer?". "Telefon otrzymaliśmy od Pańskiego menadżera, on zaręczał, że Pan postara się nam pomóc". Propozycja zaskoczyła mnie kompletnie. Nie wyobrażałem sobie jak muzycy rockowi mają śpiewać coś łagodnego o Ojcu. Najtrudniej było ruszyć z miejsca. Przesiadywałem nocami w studio, kiedy miałem już muzykę, pojawiał się natychmiast problem
z tekstem. Ostatecznie pojawił się w TV spocony człowiek z dredami (czyli ja), zwracając się do ks. Ołdakowskiego: "Szczęść Boże! To ja miałem napisać tę piosenkę dla Ojca Świętego ". Ksiądz zmierzył mnie wzrokiem od stop do głów: "Dobrze, niech Pan gra". Wziąłem gitarę, ustawiłem kapodaster na piątym progu, zacząłem śpiewać udając małą dziewczynkę: "Nie boję się..." Ksiądz Ołdakowski zamknął oczy: "Panie Robercie, my potrzebujemy przeboju..." I wtedy wpadłem na pomysł że najlepiej będzie jeśli tę piosenkę zaśpiewają
dzieci. Ryzykowaliśmy wszyscy: my oni i my.

Okazało się, że był to dobry pomysł i dzieci zaśpiewały wszystko pięknie. Pozostała tylko kwestia teledysku, no i pomysł zrealizowania go w sadzie. Niestety, sady akurat przekwitały. Znaleziono tylko jeden ledwie żywy. Reflektory oświetlały drzewa owocowe, imitując słoneczne przedpołudnie. Sztab plastyków reanimował sad skutecznie; na teledysku oglądamy pełnię rozkwitu. W chwili kręcenia dzieci zdejmowały szybko kurtki i przypudrowane udawały, że jest im ciepło.
A tak naprawdę było bardzo szaro i bardzo zimno. Najgorsze, że Marcin grając na kontrabasie strącał ciągle instrumentem poprzyklejane kwiaty. Poza tym, nie mieliśmy nikogo kto grałby na akordeonie. Tej karkołomnej sztuki podjął się Darek Malejonek, nie mający bladego pojęcia o instrumencie... Gdy zobaczyliśmy gotowy teledysk w TV, to sami nie mogliśmy uwierzyć, że jest to takie optymistyczne i radosne. Zupełnie nieprzystające do tego co działo się na planie. Wkrótce też zaproponowano nam współpracę z Ziarnem.

YOU!: Robert, czy przed Tobie, ktoś w Twojej rodzinie muzykował?
R. F.: Ze strony ojca pochodzi niejaki Rybicki, twórca instrumentu zwanego kozą wielkopolską. On miał kilkunastu zdolnych uczniów, właściwie całą swoją szkołę. Dawniej, gdy ojciec pytał: "Może ci koziarze zagraliby na Twojej płycie?", odpowiadałem: "No, przestań tato obciach robić! "Dzisiaj bardzo bym się z tego ucieszył.
YOU!: Czy to prawda, ze jesteś didaskalem we wspólnocie neokatechumenalnej? Co to za funkcja, na czym ona polega?
R.F.: Didaskal jest osobą, która prowadzi dialog, echo Słowa z dziećmi na temat czytań z Eucharystii. Dzięki temu nauczyłem się jaka jest różnica między słyszeć Słowo Boże a usłyszeć je. Dzieci pomagają - bardzo czysto i jasno - odkryć dorosłym prawdziwy sens Ewangelii.


YOU!: Jesteś muzykiem ale i ojcem gromadki dzieci, skąd bierzesz energię do codziennych, domowych obowiązków?
R. F.: Eucharystia. Nie ma innego, lepszego miejsca. To jest źródło. Sam o własnych siłach nie jestem zdolny do niczego, a już na pewno nie do tego, aby być ojcem pięciorga dzieci. Ale Bóg potrafi czynić rzeczy cudowne. Pierwszym prezentem, który otrzymałem była obietnica z Księgi Ezechiela: " Dam ci serce nowe...". Przed wejściem na Drogę miałem dwie operacje serca. W efekcie pogrypowych powikłań, bakterie zżarły zastawki. Wszyto mi sztuczne, ale nie przyjęły się. Po pierwszej operacji znalazłem się na Intensywnej Terapii, odwiedzająca mnie rodzina dyskretnie żegnała się ze mną. Dopiero druga operacja przywróciła mnie do życia. Po tych wszystkich zabiegach chirurgicznych zacząłem ostro zastanawiać się: co w życiu liczy się naprawdę? Czy to moje chodzenie do kościoła i mechaniczne, bez zaangażowania, odklepywanie modlitw ma sens? Czy istnieje Bóg? To były poważne sprawy. Wkrótce znalazłem odpowiedź. W parafii głoszono katechezy. Powoli zacząłem rozumieć, że wszystko ma swój sens: i pobyt w szpitalu i cierpienie.
YOU!: Nosisz ekscentryczna fryzurę. Ile czasu zajmuje Ci przygotowanie włosów do koncertu?
R. F.: Dredy? Jest to takie śmieszne dziwactwo, które mnie spotkało, chociaż wiem, że można bez tego żyć.

Nie da się ich "zrobić" trzy godziny przed koncertem. Dredy z natury są fryzurą ludzi czarnych. U białych ludzi, włos tak łatwo się nie filcuje. Trzeba rok, dwa lata, aby osiągnąć zamierzony efekt. Włosy porcjuje się i kręci "młynki". Generalnie dredy robi się z krótkich włosów, a nie z długich. Najlepiej "założyć" jest filcową albo wełnianą czapkę.
YOU!: Kwestia pamiątek Twojego dawnego życia- tatuaże...
R. F.: Dzisiaj na pewno nie zdecydowałbym się na nie. Jest to jakaś forma przyciągania uwagi innych i skupiania jej na sobie. Pamiętam jak chciałem to wszystko zostawić, to skąd pochodzę, że rozrabiałem itd.. Chciałem schować się, przebrać za innego człowieka. Myślałem, obetnę włosy, włożę okularki, będę kimś innym. Ale na szczęście mam tatuaże i zatarcie wszystkich śladów jest niemożliwe. Jestem rozpoznawany. Mogę rozmawiać z ludźmi pochodzącymi z trudnych środowisk
i odnajdywać z nimi wspólny język. Prawdą jest, że Pan Bóg w dziele ewangelizacji może posługiwać się wszystkimi naszymi wariactwami, całą historią naszego życia. Tatuażami i dredami również.

YOU!: Jak długo jesteś w małżeństwie?
R. F.: W dniu ślubu mieliśmy z Dobrochną po 20 lat, poznaliśmy się jako 16-latkowie. Już wtedy planowaliśmy założyć rodzinę. Pamiętam, że na pierwszej młodzieżowej randce (spóźniłem się 4 godziny) moja dziewczyna obiecała mi siedmiu synów.

Dzisiaj się tego wypiera, aleja dobrze obietnicę zapamiętałem. Na razie jest jeden syn Bruno, ale za to są cztery córki. Dzisiaj nie wyobrażam sobie innej osoby koło mnie. W Piśmie Świętym jest fragment mówiący, że: "Kobieta jest odpowiednią pomocą dla mężczyzny". Te słowa "odpowiednią" i "pomocą" określają całe sedno sprawy.
YOU!: Pomagasz żonie w kuchni?
R. F.: Jasne! Umiem usmażyć jajecznicę, przyrządzić spagetti z tuńczykiem. Czasem zdarza się cud i w 20 minut robię cały obiad.
Z mrożonek.

YOU!: Czy przechodziliście oficjalny czas narzeczeństwa?
R.F.: To było bardzo trudne narzeczeństwo bez Pana Boga. Chciałbym, już jako 32 letni chłopak powiedzieć, że jedyne czego żałujemy z żoną to fakt, że nie mogliśmy pobrać się, mając zachowane czyste konto. Dzisiaj znam ludzi żyjących w czystym narzeczeństwie, którzy czekają do momentu sakramentu, do czasu kiedy będą mężem i żoną. I widzę ile to daje szczęścia i radości. Świat oszukał nas mówiąc, że tak można a nawet trzeba. To jest kłamstwo, że młodzież może żyć ze sobą przed ślubem. Jak słyszę takie brednie to mnie zaraz zalewa krew. Mówi się młodym, że to jest ekscytujące, że takie jest życie, ale to nieprawda! Dopiero dojrzały człowiek, gotowy jest rozpocząć życie jako mężczyzna i kobieta. Seksualny falstart gwarantuje zranienia na całe życie.
YOU!: Robert, pamiętasz jak wyglądały Twoje oświadczyny?
R. F.: No tak, pamiętam bo każdy się kiedyś po raz pierwszy oświadczał.

Chociaż w naszym małżeństwie dzieje się tak, że ja bardzo często oświadczam się i proszę moją żonę jeszcze raz o rękę, mimo, że mamy już piątkę dzieci. Całkiem niedawno miała miejsce taka właśnie sytuacja. ("Ty wariacie, przecież teraz jest już za późno!")
YOU!: Na koncerty przyjeżdżacie całymi rodzinami...
R. F.: Tak, razem z najmłodszymi dziećmi, które jeszcze nie śpiewają i z żonami. Bycie razem jest równie ważne jak koncerty. Czasem nawet ważniejsze. Zresztą rodzina daje więcej szczęścia niż wszystkie sukcesy płytowe i muzyczne razem wzięte.
YOU!: Dziękujemy za rozmowę.
R. F.: Pozdrawiamy czytelników magazynu YOU!


   
I ŚWIATOWA RODZINA "YOU!"I SKŁAD REDAKCYJNY "YOU!" I PRENUMERATA I LIST OD WYDAWCY I