YOU!:
Jaki jest kontekst sytuacyjny powstawania muzycznej Arki?
R.F.:
Na moich płytach z ostrą muzyką rockową
pojawiały się - od czasu do czasu - krótkie melodyjne wstawki,
właściwie epizody. Gdzieś tam chodziło za mną granie spokojniejszych
tekstów. Któregoś dnia, podczas realizacji drugiej płyty z
Tymoteuszem odebrałem telefon z TV. Zapytano mnie, czy mógłbym
napisać piosenkę, którą wykonaliby muzycy rockowi, w związku
z Rokiem Ojca
i pielgrzymką Papieża do kraju . "Nie jest to przypadkiem
pomyłka? Kto Wam dał mój numer?". "Telefon otrzymaliśmy
od Pańskiego menadżera, on zaręczał, że Pan postara się nam
pomóc". Propozycja zaskoczyła mnie kompletnie. Nie wyobrażałem
sobie jak muzycy rockowi mają śpiewać coś łagodnego o Ojcu.
Najtrudniej było ruszyć z miejsca. Przesiadywałem nocami w
studio, kiedy miałem już muzykę, pojawiał się natychmiast
problem
z tekstem. Ostatecznie pojawił się w TV spocony człowiek z
dredami (czyli ja), zwracając się do ks. Ołdakowskiego: "Szczęść
Boże! To ja miałem napisać tę piosenkę dla Ojca Świętego ".
Ksiądz zmierzył mnie wzrokiem od stop do głów: "Dobrze, niech
Pan gra". Wziąłem gitarę, ustawiłem kapodaster na piątym progu,
zacząłem śpiewać udając małą dziewczynkę: "Nie boję się..."
Ksiądz Ołdakowski zamknął oczy: "Panie Robercie, my potrzebujemy
przeboju..." I wtedy wpadłem na pomysł że najlepiej będzie
jeśli tę piosenkę zaśpiewają dzieci.
Ryzykowaliśmy wszyscy: my oni i my.
 |
Okazało
się, że był to dobry pomysł i dzieci zaśpiewały wszystko pięknie.
Pozostała tylko kwestia teledysku, no i pomysł zrealizowania
go w sadzie. Niestety, sady akurat przekwitały. Znaleziono
tylko jeden ledwie żywy. Reflektory oświetlały drzewa owocowe,
imitując słoneczne przedpołudnie. Sztab plastyków reanimował
sad skutecznie; na teledysku oglądamy pełnię rozkwitu. W chwili
kręcenia dzieci zdejmowały szybko kurtki i przypudrowane udawały,
że jest im ciepło.
A tak naprawdę było bardzo szaro i bardzo zimno. Najgorsze,
że Marcin grając na kontrabasie strącał ciągle instrumentem
poprzyklejane kwiaty. Poza tym, nie mieliśmy nikogo kto grałby
na akordeonie. Tej karkołomnej sztuki podjął się Darek Malejonek,
nie mający bladego pojęcia o instrumencie... Gdy zobaczyliśmy
gotowy teledysk w TV, to sami nie mogliśmy uwierzyć, że jest
to takie optymistyczne i radosne. Zupełnie nieprzystające
do tego co działo się na planie. Wkrótce też zaproponowano
nam współpracę z Ziarnem.
YOU!: Robert,
czy przed Tobie, ktoś w Twojej rodzinie muzykował?
R.
F.: Ze strony ojca pochodzi niejaki
Rybicki, twórca instrumentu zwanego kozą wielkopolską. On
miał kilkunastu zdolnych uczniów, właściwie całą swoją szkołę.
Dawniej, gdy ojciec pytał: "Może ci koziarze zagraliby na
Twojej płycie?", odpowiadałem: "No, przestań tato obciach
robić! "Dzisiaj bardzo bym się z tego ucieszył.
YOU!: Czy
to prawda, ze jesteś didaskalem we wspólnocie neokatechumenalnej?
Co to za funkcja, na czym ona polega?
R.F.:
Didaskal jest osobą, która prowadzi dialog,
echo Słowa z dziećmi na temat czytań z Eucharystii. Dzięki
temu nauczyłem się jaka jest różnica między słyszeć Słowo
Boże a usłyszeć je. Dzieci pomagają - bardzo czysto i jasno
- odkryć dorosłym prawdziwy sens Ewangelii.
 |
YOU!: Jesteś
muzykiem ale i ojcem gromadki dzieci, skąd bierzesz energię
do codziennych, domowych obowiązków?
R.
F.: Eucharystia. Nie ma innego,
lepszego miejsca. To jest źródło. Sam o własnych siłach nie
jestem zdolny do niczego, a już na pewno nie do tego, aby
być ojcem pięciorga dzieci. Ale Bóg potrafi czynić rzeczy
cudowne. Pierwszym prezentem, który otrzymałem była obietnica
z Księgi Ezechiela: " Dam ci serce nowe...". Przed wejściem
na Drogę miałem dwie operacje serca. W efekcie pogrypowych
powikłań, bakterie zżarły zastawki. Wszyto mi sztuczne, ale
nie przyjęły się. Po pierwszej operacji znalazłem się na Intensywnej
Terapii, odwiedzająca mnie rodzina dyskretnie żegnała się
ze mną. Dopiero druga operacja przywróciła mnie do życia.
Po tych wszystkich zabiegach chirurgicznych zacząłem ostro
zastanawiać się: co w życiu liczy się naprawdę? Czy to moje
chodzenie do kościoła i mechaniczne, bez zaangażowania, odklepywanie
modlitw ma sens? Czy istnieje Bóg? To były poważne sprawy.
Wkrótce znalazłem odpowiedź. W parafii głoszono katechezy.
Powoli zacząłem rozumieć, że wszystko ma swój sens: i pobyt
w szpitalu i cierpienie.
YOU!: Nosisz
ekscentryczna fryzurę. Ile czasu zajmuje Ci przygotowanie
włosów do koncertu?
R.
F.: Dredy? Jest to takie śmieszne
dziwactwo, które mnie spotkało, chociaż wiem, że można bez
tego żyć.
 |
Nie
da się ich "zrobić" trzy godziny przed koncertem. Dredy z
natury są fryzurą ludzi czarnych. U białych ludzi, włos tak
łatwo się nie filcuje. Trzeba rok, dwa lata, aby osiągnąć
zamierzony efekt. Włosy porcjuje się i kręci "młynki". Generalnie
dredy robi się z krótkich włosów, a nie z długich. Najlepiej
"założyć" jest filcową albo wełnianą czapkę.
YOU!: Kwestia
pamiątek Twojego dawnego życia- tatuaże...
R.
F.: Dzisiaj na pewno nie zdecydowałbym
się na nie. Jest to jakaś forma przyciągania uwagi innych
i skupiania jej na sobie. Pamiętam jak chciałem to wszystko
zostawić, to skąd pochodzę, że rozrabiałem itd.. Chciałem
schować się, przebrać za innego człowieka. Myślałem, obetnę
włosy, włożę okularki, będę kimś innym. Ale na szczęście mam
tatuaże i zatarcie wszystkich śladów jest niemożliwe. Jestem
rozpoznawany. Mogę rozmawiać z ludźmi pochodzącymi z trudnych
środowisk
i odnajdywać z nimi wspólny język. Prawdą jest, że Pan Bóg
w dziele ewangelizacji może posługiwać się wszystkimi naszymi
wariactwami, całą historią naszego życia. Tatuażami i dredami
również.
YOU!: Jak
długo jesteś w małżeństwie?
R.
F.: W dniu ślubu mieliśmy z Dobrochną
po 20 lat, poznaliśmy się jako 16-latkowie. Już wtedy planowaliśmy
założyć rodzinę. Pamiętam, że na pierwszej młodzieżowej randce
(spóźniłem się 4 godziny) moja dziewczyna obiecała mi siedmiu
synów.
 |
Dzisiaj
się tego wypiera, aleja dobrze obietnicę zapamiętałem. Na
razie jest jeden syn Bruno, ale za to są cztery córki. Dzisiaj
nie wyobrażam sobie innej osoby koło mnie. W Piśmie Świętym
jest fragment mówiący, że: "Kobieta jest odpowiednią pomocą
dla mężczyzny". Te słowa "odpowiednią" i "pomocą" określają
całe sedno sprawy.
YOU!: Pomagasz
żonie w kuchni?
R.
F.: Jasne! Umiem usmażyć jajecznicę,
przyrządzić spagetti z tuńczykiem. Czasem zdarza się cud i
w 20 minut robię cały obiad.
Z mrożonek.
YOU!: Czy
przechodziliście oficjalny czas narzeczeństwa?
R.F.:
To było bardzo trudne narzeczeństwo bez
Pana Boga. Chciałbym, już jako 32 letni chłopak powiedzieć,
że jedyne czego żałujemy z żoną to fakt, że nie mogliśmy pobrać
się, mając zachowane czyste konto. Dzisiaj znam ludzi żyjących
w czystym narzeczeństwie, którzy czekają do momentu sakramentu,
do czasu kiedy będą mężem i żoną. I widzę ile to daje szczęścia
i radości. Świat oszukał nas mówiąc, że tak można a nawet
trzeba. To jest kłamstwo, że młodzież może żyć ze sobą przed
ślubem. Jak słyszę takie brednie to mnie zaraz zalewa krew.
Mówi się młodym, że to jest ekscytujące, że takie jest życie,
ale to nieprawda! Dopiero dojrzały człowiek, gotowy jest rozpocząć
życie jako mężczyzna i kobieta. Seksualny falstart gwarantuje
zranienia na całe życie.
YOU!: Robert,
pamiętasz jak wyglądały Twoje oświadczyny?
R.
F.: No tak, pamiętam bo każdy się
kiedyś po raz pierwszy oświadczał.
 |
Chociaż w naszym małżeństwie dzieje się tak, że ja bardzo
często oświadczam się i proszę moją żonę jeszcze raz o rękę,
mimo, że mamy już piątkę dzieci. Całkiem niedawno miała miejsce
taka właśnie sytuacja. ("Ty wariacie, przecież teraz jest
już za późno!")
YOU!: Na
koncerty przyjeżdżacie całymi rodzinami...
R.
F.: Tak, razem z najmłodszymi dziećmi,
które jeszcze nie śpiewają i z żonami. Bycie razem jest równie
ważne jak koncerty. Czasem nawet ważniejsze. Zresztą rodzina
daje więcej szczęścia niż wszystkie sukcesy płytowe i muzyczne
razem wzięte.
YOU!: Dziękujemy
za rozmowę.
R.
F.: Pozdrawiamy czytelników magazynu
YOU!