Adam Małysz



Arka Noego


Golec uOrkiestra

 

przeciw ateizacji - odpowiedź na apel Jana Pawła II 

I Róża Jerycha I Żebro wieloryba I Tomek Kamiński I Litza I Laurent I W4C I Beata Kozidrak I


Mając po 25 lat zostali okrzyknięci muzycznymi rewelacjami polskiego show - biznesu. Obaj są góralami i absolwentami Akademii Muzycznej w Katowicach. Wygrali w cuglach, co się tylko dało. W sierpniu 1998 zdobyli pierwszą nagrodę na 20. Jazz Hoeilaart w Brukseli, gdzie przyjeżdżają młodzi jazzmani z całego świata, od Urugwaju po Bronx. Za swój pierwszy album "CD1"Golec uOrkiestra otrzymała nagrodę Akademii Fonograficznej "Fryderyk 99" - Fonograficzny Debiut Roku.
Występowali na prestiżowym festiwalu jazzowym w hiszpańskiej miejscowości Getxo. Koncertowali z Pawłem Kukizem dla Polonii w Nowym Jorku. Odpowiadając na osobiste zaproszenie Juliusza Machulskiego, zilustrowali dźwiękowo film "Pieniądze, to nie wszystko". Ich muzyka towarzyszyła relacjom Studia Olimpijskiego Sydney 2000. Dyplomowym recitalem Łukasza będzie repertuar formacji Alchemik Jazz Sekstet; tematem pracy magisterskiej zaś: "Wykorzystanie trąbki w muzyce jazzowo-rockowej na przykładzie Milesa Davisa, Tomka Stańko oraz Freddiego Hubbarta". Paweł na dyplomie zagra repertuar acid-jazzowej formacji Golców Head-Up, magisterium traktować będzie o stylistyce gry na puzonie Billa Witrousa. Na chrzcie otrzymali podwójne imiona: Łukasz-Paweł i Paweł-Łukasz. W muzycznej branży nazywa się ich "braćmi xero".

YOU!: Jak doszło do powstania formacji, która w ciągu dwóch lat odniosła tak oszałamiający sukces?
Paweł Golec: Uczestniczyliśmy w warsztatach jazzowych w Chodzieży i Puławach. Konkretne decyzje zapadły na kilka tygodni przed festiwalem Jazz nad Odrą 97. Sam festiwal był ogromnym zaskoczeniem nie tylko dla nas. Wygraliśmy w konkursie pięć z sześciu nagród i zostaliśmy zaproszeni przez dyrektora III programu PR Jana Borkowskiego do zrealizowania płyty.
YOU!: Uczestniczyliście w nagraniach i koncertach znanych muzyków. Czy nadal pozostajecie muzykami sesyjnymi?
Łukasz Golec: Nie wstydzimy się tego. Przygrywanie zaczęliśmy na pierwszym roku studiów, a wszyscy wiedzą, że studenci mają dziurawe kieszenie. Komercyjność? Muzyka jest sztuką użytkową, komponuje się ją przecież z myślą o odbiorcy. Weźmy "Eine, kleine..." - utwór napisany na biesiady dla dworu. Mozart siadał za klawesynikiem i grał....pam, ba pa pa pa. Orszak szlachty poubieranej w peruczki, z wypudrowanymi twarzami ruszał z lewej nogi pod sznureczek. Jeśli chodzi o komercyjność: Mozart i Haendel w swoich czasach byli jak najbardziej komercyjni: grali dla ludu, inna była rekwizytornia, ale dzisiaj jest to kanon klasyki.
Tak samo Haendel ze swoimi widowiskowymi operami, z armatami, pokazami sztucznych ogni, z orkiestrą grającą na płynących łodziach. To był swoisty Broadway z hollywoodzką inscenizacją. Zmierzam do użyteczności muzyki w życiu. Jak się człowiek rodzi, to mu grają; jak się żeni - grają; jak umiera - grają. Tylko inaczej.
P.G.: Jest ponad 60 produkcji (m.in. z Kayah, J. Stokłosą, R. Amirianem, M. Szcześniakiem), w których graliśmy i jak to mówią, każdą muzykę można zagrać świetnie lub fatalnie.

Staszek Golec: Popularność Golec uOrkiestry świadczy o zapotrzebowaniu na muzykę łagodną, rodzinną, nieagresywną.
Ł.G.: Muzyka na pewno łagodzi obyczaje, to jest prawda znana od wieków. Muzyka nie jest po to, aby człowiek złapał doła, lecz żeby się radował i cieszył, wyszumiał, ale i zastanowił nad sobą i przemijaniem.
P.G.: W początkach Golec uOrkiestry w jednej z wytwórni fonograficznych powiedziano nam: "Panowie, odbiło Wam? Chcecie śpiewać o owieckach?" Zdecydowaliśmy się śpiewać o owieckach z przełożeniem na jazz.

YOU!: Macie owce?
S.G.: Nigdy nie mieliśmy owiec, za to mieliśmy jednego barana, którego nauczyliśmy bóść na hasło. Pewnego dnia pucnął on naszego brata Rafała z konkretnym efektem (złamany obojczyk). Namiętność ta okazała się dla barana zgubna. Generalnie na całym świecie jakby się przyjrzeć, daje się zauważyć modę na muzykę etno-polo. Golec uOrkiestra wykorzystuje elementy folkloru. Tyle, że tradycja Karpat to dla nich żywa potęga, a nie cepeliada. Dobra muzyka promuje wartości w inteligentny sposób. Nie mogą być to bełkotliwe teksty pisane na kolanie po wypiciu dwu kaw. W Polsce nie ma muzyki pop, jest disco polo na popowo. Tę sieczkę nazywamy popeliną.
Ł.G.: My nie czujemy się folkowcami. Nie idziemy za żadną modą, tworzymy własny repertuar. Nie jesteśmy zespołem Mazowsze i złości nas, gdy oczekuje się od nas przebieranek. Nie potrzebujemy nakładać spodni wałaskich, aby wszyscy ze 100 metrów widzieli, że jesteśmy góralami.

P.G.: Nie lubimy jak się z naszej kultury robi ZOO, kiedy turyści przyjeżdżają w góry i szukają tu naturszczyków. Górale to normalni ludzie, tradycyjne stroje zakładają od święta. Na co dzień chodzimy w jeansach, koszulkach polo, bejsbolówkach i czapeczkach Levisa, pozostając cały czas góralami.
YOU: Czy muzyka góralska konweniuje z jazzem i bluesem?
Ł.G.: Jazz wykształcił się z bardzo przyjemnej, wręcz tanecznej muzyki swingowej, a muzyka góralska oparta jest na klasycznej harmonii jazzu i bluesa.
P.G.: Jest wiele wspólnego i kilka różnic oczywiście. Podstawowa wspólna cecha: jedna i druga jest muzyką improwizowaną.
Nigdy tego samego tematu nie zagra się w ten sam sposób, ani nie zaśpiewa w ten sam sposób. Każdy z muzyków ma swój indywidualny styl. Co do rozwiązań stricte muzycznych, to podstawową różnicą między tymi gatunkami muzycznymi jest bit: w muzyce jazzowej przypada na 2 i 4; w muzyce góralskiej, krzesanej na 1 i na 3. Maciej Rosenberg: Poza tym , stare instrumenty, takie jak: gajdy, dudy i skrzypce mają swoje niepowtarzalne brzmienie, w różnych warunkach "różnie" stroją. Wykonane w 100% z naturalnych składników reagują na zmiany temperatury, wilgotność.
YOU!: Czy to prawda, że jesteście łasuchami?
Ł.G.: Ze słodyczy najlepiej lubimy ogórki kiszone i salceson z chrzanem.
YOU!: Macie w domu lornetkę?
P.G.: Są dwie, czy nawet trzy schowane w szafie. Gdy byliśmy młodzikami, każdy miał jakąś swoją Bernadetkę, czyli najpiękniejszą dziewczynę z całej wsi. Damę, która złamała wiele serc. U nas, w Milówce to akurat z tymi Bernadetkami było inaczej, my robiliśmy coś innego. Podpinało się żyłki do okiennic pinezką, naciągało na 5, 10 metrów kalafonię, pociągając powolutku. Czasem romantyczne skrzypienie skutkowało.
YOU!: Łukasz, Twoja karminowa trąbka budzi zawsze wiele estradowych emocji...
Ł.G.: Uściślając, jest to róż islamski. Model Martin Committy rekomendowany przez Milesa Davisa. Mamy kilkanaście tylko takich egzemplarzy na świecie a w Polsce dokładnie jeden. Jest to instrument wykonany ręcznie z szlachetnego metalu na zamówienie, pokryty 30 warstwami lakieru, seria limitowana, z elementami złota. Kolor odgrywa tutaj bardzo ważną rolę. Występuje trąba czarna, niebieska, zielona i każda z nich ma inną barwę dźwięku, inny song. Czarna np. brzmi bardzo "ciemno", srebrna - "jasno". Kosztowała 1450 dolarów, kupiłem ją po zakończonym turnee w USA.
YOU!: Od razu stałeś się właścicielem "muzycznego rolls-roysa"?
P.G.: Skądże. Dotyczy to również Pawła.
Mamy w swoim życiu "epizod" bycia uczniami szkoły muzycznej pozbawionymi instrumentu.
Gdy nasza klasa koncertowała, my siedzieliśmy na widowni. Egzamin semestralny zaliczałem na unikatowej trąbce wypożyczonej od milowieckiej straży, podrasowionej pastą do zębów. Wzbudzała ona powszechne zainteresowanie i pamiętała z pewnością jeszcze babcię Austrię. Mój pierwszy własny instrument kupiono na raty. Staszek wybrał się do Zgorzelca po czekoladę, ale wrócił z trąbką...
YOU: Czy tak szczególny instrument (ostatnie dane: tylko dwa karminowe egzemplarze na kontynencie) nie wymaga bodyguarda?
S.G.: Z tą trąbką jest tak jak z Mona Lisą. Można ją ukraść, ale Milesa Davisa nikt w Europie nie sprzeda.
YOU!: Czas na konfrontację z puzonem...
P.G.: No tak, wersja westernowa: według jednego z kobiecych czasopism ukradziono go Milesowi Davisowi i na "specjalne zlecenie" przemycono przez granicę. Wersja terapeutyczno -dowartościowująca: sam Davis transportował go dla mnie, slalomem omijając celników. (Czy Glenn Miller się nie obrazi?). Jedyna prawdziwa: jest to mój najpiękniejszy prezent bożonarodzeniowy (ukłony dla p. Małgorzaty Pawlusiewicz, dziewczyny o pięknym sercu i "kuriera" wracającego na 25-lecie kapłaństwa do Makowa Podhalańskiego!). Mój puzon to: Stradivarius-Bach. 1500 dolarów rozpisanych na raty. Może nie jest to rolls-roys, ale dobrej klasy mercedes.
YOU!: Osoby, które wywarły wpływ na kierunek Waszego życia...
Ł.G.: Wiele różnych - wszystkim im Bóg zapłać! Przede wszystkim jednak pani Chałabudowa i Wiluś Szczerbowski. Mieszkaliśmy u Niego przez 4 lata, kiedy chodziliśmy do liceum w Bielsku Białej. To jest prosty, zwykły człowiek, który nam nieba przychylił. Pan Wilhelm był portierem w LO. Daj Boże, żeby takich ludzi było jak najwięcej. U Niego leży cały czas Pismo Św. na stole. Jak coś się dzieje, to On rozkłada Biblię a caso, prosząc o moc Ducha Świętego.
YOU!: Czy macie doświadczenie Opatrzności Bożej, tego, że Bóg interweniował w Wasze życie, ocalając je?
Ł.G.: I to ile razy! Dwa metry śniegu i czołowe zderzenie z pługiem. Albo: wracaliśmy z trasy, z Kukizem. Wjechaliśmy pomiędzy dwa drzewa. Tu parę centymetrów i tu parę centy-metrów, przed nami rów na 3 metry. Auto prawie niedraśnięte, jedynie kostka u nogi chrobotnęła.
YOU!: Łukasz, ożeniłeś się?
Ł.G.: Ukoronowaniem 6 letniej znajomości z Edytą były zaręczyny i pierścionek z niebieskim oczkiem. Ksiądz Zązel, proboszcz Kamesznicy wygłosił piękną ślubną homilię; ciągle ludzie nas pytają, w skład której płyty Golec uOrkiestry ona wejdzie.
YOU!: Kiedy na raka zmarł Wasz Tato, mieliście po 12 lat?
P.G.: Nie było lekko. Czterech chłopa i Mama sama. 1, 20 h pola, na którym trudno było szczypiorek uhodować i dwie jabłonki. Doświadczenie życia w kruchości oduczyło nas przywiązywania się do rzeczy materialnych. Dziś coś jest, ale jutro może odejść.
Piosenkę "Oni są z nami" zadedykowaliśmy wspaniałym i odważnym osobom z klasą: Matce Teresie z Kalkuty, ks. Jerzemu Popiełuszce i naszemu Tacie. Nigdy nie zapomnimy jak siadał z nami wieczorem przy stole i grał nam na cymbałkach.
YOU!: Jesteście wierzący?
Ł.G.: Pytanie! Górale to w ogóle bogobojny naród, przez całe wieki związany z Tradycją i Kościołem. Eucharystia na pierwszym miejscu. To jest mumero uno. Wszystkie następne sprawy można zostawić na potem. Tam w górze jest Ktoś, kto czuwa i myśli człowiecze kieruje. Iskra talentu pochodzi od Boga, nie wolno jej zniszczyć, trzeba ją rozmnożyć i przekazywać od serca.
YOU!: Czujecie się idolami?
P.G.: U nas problem gwiazdorstwa nie istnieje, bo niby z jakiego powodu. Gdybyśmy tylko zadzierali nosa, to nasza Mama, góralska gawędziarka dałaby nam popalić.
YOU!: Co Wam nie wychodzi?
Ł.G.: Udawanie kogoś, kim nie jesteśmy.
YOU!: Miejsca, które wywarły na Was szczególne wrażenie....
P.G.: Jazzowe puby w Nowym Jorku: Blue Note przy 52. Alei, gdzie grał kiedyś Miles Davis i Village Vangerd, kolebka big-bandu.
YOU!: Jakie sporty uprawiają bliźniacy?
S.G.: Obydwaj pływają. Łukasz dobrze szusuje, Paweł preferuje narciarstwo statyczne.
YOU!: Tańczą?
S.G.: Tak i dobrze.
YOU!: Jak czuliście się podczas nominacji Akademii Fonograficznej?
Ł.G.: My lubimy odbierać nagrody. Fryderyki szczególnie. To są żarty oczywiście, ale marzy nam się Grammy. Trzymajcie za nas kciuki. Mierzymy wysoko, tak fest. Dzięki temu nawet jeśli spadniemy trochę niżej, to i tak cały czas będzie wysoko.
P.G.: Kiedyś, jakaś przejęta dziennikarka wypytywała nas o tajemnicę popularności Golec uOrkiestry. Łukasz odpowiedział jej, lekko zacinając się: "Wie Pani, na talent to ni ma rady!".

YOU!: Jaki jest Wasz sposób na zrobienie wrażenia na kobiecie?
Ł.G.: Żadnych chwytów na intelektualizm. Bez udawania i udawadniania. Normalnie zaprosić na kawę, czy dobry obiad. I nie zapominać o kwiatach.
YOU!: Czy konkurujecie między sobą?
P.G.: Nie ma takiej potrzeby.
   
I ŚWIATOWA RODZINA "YOU!"I SKŁAD REDAKCYJNY "YOU!" I PRENUMERATA I LIST OD WYDAWCY I