Debiutowała
w 1978 roku na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Od tego czasu
zaskakuje swoją publiczność nowymi pomysłami w postaci dwunastu
płyt i wielu nietuzinkowych pod względem artystycznym koncertów.
Wyśpiewała kilkadziesiąt przebojów, które zawsze cieszą słuchaczy
swoją różnorodnością i aktualnością - od nastrojowych ballad:
"Prorocy świata", "Małpa i ja", "Belle ami", "Dziesięć przykazań",
po utwory żywiołowe i entuzjastyczne: "Nie ma wody na pustyni",
"Biała armia", "Dzień za dniem".
Porównywano ją z Kate Bush, Niną Hagen, Minnie Ripperton. Ona
sama uważa, że tego, co robi nie da się zaszufladkować, o czym
przekonuje nas ostatnia płyta Bajmu zatytułowana "Szklanka wody",
która ukazała się we wrześniu tego roku.
Jedno jest pewne, Jej głos można porównać do wulkanu a wrażliwość
do ciepłej, letniej nocy.
Po
prostu: Beata Kozidrak.
You!: Zacznę od gratulacji.
We wrześniu ukazała się jedenasta w dorobku Bajmu płyta "Szklanka
wody", która sprzedaje się doskonale. Wcześniej zrealizowała Pani
projekt solowy. Jest Pani laureatką wielu festiwali, zdobywczynią
nagród krajowych i zagranicznych, posiadaczką fascynującego głosu.
 |
Na koncerty Bajmu przychodzą
rzesze oddanych fanów. Mówią, że "cierpliwość tka misterne dzieła"...
Czy zatem Beata Kozidrak jest osobą cierpliwą?
B.K.: Jeśli chodzi o twórczość
to jestem niecierpliwa, ale nie robię nic po łebkach. Gdy mam
jakiś pomysł, to muszę go zrealizować. Kiedy otrzymuję nowe piosenki
zawsze zastanawiam się nad całością płyty, piszę teksty i dopóki
nie jestem z nich zadowolona dopóty jeszcze nie nagrywam. Czyli
nie za szybko, ale jednocześnie nie za długo. Sądzę, że co do
realizacji ostatniej płyty byłam cierpliwa i ta cierpliwości została
nagrodzona.
You!: A w życiu prywatnym?
B.K.: Jestem bardziej
cierpliwa. Czasami wyprowadzają mnie z równowagi problemy natury
codziennej. Napięcie w pracy powoduje, że szybciej się denerwuję.
Ale staram się cały czas z tym walczyć i wewnętrznie uspokajać.
You!: No właśnie, dziennikarze,
fotoreporterzy, publiczność...Czy nie ma Pani czasem ochoty uciec
na bezludną wyspę?
B.K.: Uciec, ale na
krótko. Jestem osobą, która tęskni za swoją publicznością. Lubię
się otaczać ludźmi i z nimi przebywać. Na wyspie zatęskniłabym
również do muzyki, do swojej twórczości.
You!: Czyli nie jest Pani typem samotnika?
B.K.: Miewam takie chwile,
kiedy wyciszam się i lubię być sama ze sobą, z własnymi myślami.
Jest to bardzo potrzebne, żeby nabrać równowagi, jakiegoś dystansu
i pokory do świata, muzyki i swoich najbliższych. Warto cieszyć
się sukcesami, ale należy wiedzieć, że kiedyś może przyjść porażka.
You!: Czy Pani zdaje sobie sprawę z faktu,
że jest wzorem dla swojej publiczności, że spoczywa na Niej odpowiedzialność
za tych wszystkich ludzi, którzy przychodzą na Pani koncerty?
B.K.: Mam tę świadomość
i jest to twardy orzech do zgryzienia. Zdaję sobie sprawę, że
to, co mówię do ludzi jest ważne. Akurat jeśli chodzi o słowo
śpiewane jestem jego pewna, bo znam swoją twórczość, która nie
jest pusta i infantylna. Sądzę, że każdy tekst jest jakąś myślą
przewodnią w życiu. Dlatego, jeśli wyśpiewuję mądre teksty, wiem,
że mogą one pomóc wielu ludziom. To taka moja mała cegiełka w
tym, co można drugiemu człowiekowi ofiarować.
You!: Od przeboju "Piechotą do lata"
minęło sporo czasu. Ale słuchając Pani piosenek można wnioskować,
że istnieją dla Niej wartości niezmienne, takie jak miłość, przyjaźń,
nadzieja, które nadają sens życiu...
B.K.: Nie
jestem nastolatką, tylko dojrzałą kobietą. Zatem jeśli o czymś
piszę, to wiem, że tak jest naprawdę, bo sama to przeżyłam.
 |
Zdaję sobie
sprawę ile miłość znaczy w naszym życiu. Myślę tu nie tylko o
tej, która rodzi się między kobietą a mężczyzną, ale także o miłości
ogólnoludzkiej. Jeśli sami będziemy kochać, to również będziemy
kochani. Jeśli nawet nie znajdziemy od razu wielkiego uczucia
a będziemy emanować tą miłością w pracy, w swoim dziele, na co
dzień, to w końcu zostaniemy nagrodzeni. Staram się mówić o tym
bez przerwy, bo miłość uważam za podstawę naszego życia. Może
z tego względu teksty, które piszę są absolutnie blisko ludzi,
związane z ich przeżyciami, uczuciami.
You!: W latach osiemdziesiątych śpiewała
Pani pytając "Co mi Panie dasz", teraz prosi Boga o "złoty deszcz".
Czy Pani modli się śpiewając?
B.K.: Moje spotkanie
z Bogiem następuje w różnych miejscach, to może być na przykład
podróż. Niejednokrotnie pragnę, aby Bóg czuwał nade mną, nad moim
zespołem i rodziną, abyśmy byli bezpieczni. Dzielę się z Nim każdym
swoim odczuciem, moimi myślami. Nie mogę powiedzieć, czy jest
to typowa modlitwa, ale z pewnością jakiś rodzaj zadumy, wewnętrznej
ciszy, którą inni muszą uszanować. Przed samym koncertem muszę
się wyciszyć i myśleć tylko o tym, żeby to całe pozytywne nastawienie
przekazać ludziom. Jest to taki specyficzny rodzaj modlitwy za
nas wszystkich, byśmy podczas tych dwóch godzin zapomnieli o swoich
troskach. Myślę, że jest to pozytywna ekspresja, która działa
obustronnie. To pozwala mi być sprawną w tym wszystkim, co robię
i dzięki Bogu pomysły mnie nie opuszczają.
 |
You!: Nie ma Pani zatem
wrażenia, że Bóg wyznaczył Jej życiu
wyjątkową drogę?
B.K.: To
nie jest na pewno przypadek, bo też sam mój głos, który dojrzewał
przez wiele lat, tylko dwa razy w życiu pozbawił mnie siebie.
Jest on niezwykłym darem, za który, witając każdy nowy dzień,
dziękuję Panu Bogu. Jestem Mu wdzięczna za to, że mogę podróżować,
zwiedzać i na swój sposób pomagać wielu ludziom.
You!: Celine Dion wyznacza sobie takie
dni, gdzie nie mówi nic, a wszystko po to, by oszczędzać głos,
ale Pani to chyba nie grozi?
B.K.: Można powiedzieć,
że ja w ogóle nie dbam o struny głosowe. Gdy wracam z trasy naturalnie
są one zmęczone, co jest słyszalne, bo mam wtedy niższy głos.
W takich sytuacjach biorę jedynie wapno i drażetki dezynfekujące
gardło i oczywiście mniej gadam.
You!: Oprócz tego, że działalność muzyczna
pochłania Panią bez reszty, od prawie 20 lat udaje się Jej godzić
życie rodzinne z pracą na scenie. W tej kwestii należycie z mężem
Andrzejem do wyjątków. Rodzina jest dla Pani ...
B.K.: Wielkim szczęściem,
które otrzymałam w darze. Rzeczywiście są dni, kiedy nie ma sielanki,
są kłótnie, problemy, które musimy rozwiązać. Ale dajemy sobie
z tym radę i bardzo siebie potrzebujemy. Stanowimy naprawdę fajną
rodzinkę, która nie potrafi bez siebie dłużej wytrzymać. Andrzej
jest moim wielkim przyjacielem, rozumie mnie i w trudnych chwilach
stara się pomagać. Ale też ja nie jestem kobietą, która wyłącznie
opiera się o ramię mężczyzny. W pewnych momentach życie wymaga
ode mnie pomocy mężowi i córkom. To taka wzajemność relacji. Uprawianie
takiego zawodu rzeczywiście naraża nas na emocjonalne zachwiania.
Ludzie odchodzą od siebie z braku wyrozumiałości, że trudno poradzić
sobie z porażką, czy sukcesem. Często świat pewnej ułudy przenoszą
do domu, bo wydaje im się, że tak ma wyglądać ich życie. I to,
myślę, jest powodem rozwodów, w wyniku których najgorzej cierpią
dzieci.
You!: Myśli Pani, że "szczęście leży
na terenach między ekstazą a aprobatą"?
B.K.: Nie można tego
chyba zamykać między jednym biegunem a drugim. Żaden mądry nie
napisał, ani nie napisze, książki na ten temat. To, jak długo
ze sobą jesteśmy i czy możemy ze sobą przebywać oraz odszukiwać
się w życiu zależy od tego, jakimi ludźmi jesteśmy. Zrozumieć
drugiego człowieka jest wtedy łatwiej, gdy najpierw zrozumiemy
samych siebie.
You!: Rola matki
nie należy chyba do najłatwiejszej.
Ze sceny
zawsze można zejść, choćby nie wiem ile było bisów. Z
macierzyństwem nie jest tak łatwo...
 |
B.K.: Czasem
brak mi cierpliwości to fakt, ale staram się każdą wolna chwilę
spędzać z dziećmi. Teraz jest to o tyle trudne, że starsza córka
studiuje dziennikarstwo w Warszawie. Jest już osobą ukształtowaną
i na tyle silną wewnętrznie, że sobie w życiu poradzi. Natomiast
młodszą Agatę trzeba jeszcze kształtować i poświęcać jej więcej
czasu.
You!: Zbliżają się święta Bożego Narodzenia.
Jakim są one dla Pani czasem i jak go Pani spędza?
B.K.: Są na pewno okresem
szczególnym. Zawsze staram się być w tym czasie w domu i nie grać
koncertów. Myślę, że są to jedyne święta, w czasie których możemy
być razem i cieszyć się pięknymi chwilami. Z okresu, kiedy byłam
małą dziewczynką pamiętam moment wyczekiwania świąt, zapach pomarańczy,
pieczystego, ryb... Staram się żeby ta tradycja przeszła do mojej
rodziny.
You!: Pamięta Pani swoją pierwszą małżeńską
wigilię?
B.K.: Oczywiście. To
były z jednej strony bardzo radosne święta, ponieważ urodziła
się Kasia, z drugiej zaś smutne, bo wprowadzony został stan wojenny
i nasza przyszłość była niepewna. Nie wiedzieliśmy, co będziemy
robić, na ile jeszcze starczy nam pieniędzy. Mimo wszystko ciepło
ją wspominam. Mieliśmy zielone drzewko, po które Andrzej jeździł
specjalnie. Postanowił wtedy, że skoro jest nowonarodzone dziecko,
to musi przywieźć prawdziwą choinkę. Czuliśmy w sercach żal. Zresztą
o tym mówi piosenka "Prorocy świata".
You!: Nie mogę oprzeć się pytaniu o Pani
ulubioną kolędę?
B.K.: "Cicha noc" oczywiście.
Zawsze się przy niej rozczulam. Śpiewamy ją rodzinnie na głosy.
Ta, chwytająca za serce, melodia zawsze najbardziej przypomina
mi święta.
You!: Za progiem Nowy Rok, czy w związku
z tym nowe plany?
B.K.: Czekają na nas
w USA. Szykuje się sporo koncertów w kraju. Już teraz myślę nad
drugą solową płytą, którą w przyszłym roku będę nagrywać.
You!: Zatem życzę Pani wspaniałych świąt
i realizacji marzeń w nowym roku.
B.K.: Ja również życzę
Państwu na święta wiele ciepła i miłości, o której dużo rozmawiałyśmy.
Ale istotą jest, żeby być razem i cieszyć się tym, że po prostu
jesteśmy.