
W ubiegłym
roku podjęłam się pracy wolontariuszki w przykościelnej
kuchni, wydającej posiłki dla bezdomnych. Dopiero kilka
miesięcy temu zdałam sobie sprawę z tego, dlaczego przez
cały ten czas, moja praca przynosiła mizerne owoce. Właściwie
każdy może podawać jedzenie lub picie, czy chociażby ubranie,
ale kto dołącza do tego troskę i współczucie? Chociaż moje
intencje wydawały się być czyste, tylko połowicznie wykonywałam
posługę do której zostałam zaproszona. Nie wkładałam w nią
serca. Odmierzałam współczucia tyle, na ile było ono konieczne,
by zmniejszyć cierpienie fizyczne. Dostrzegałam puste żołądki
tych ludzi, ale nie przyczynę ich głębokiego cierpienia.
Udawałam tylko miłosierdzie, stylizując się na kogoś szlachetnego.
 |
Nędza była
dla mnie rzeczą odrażająca i obca. W kontaktach z ubogimi
koncentrowałam się na ich sytuacji finansowej, nie widząc
bólu ich odrzucenia. Bezdomni byli kimś więcej niż tylko
ekspresyjna ilustracja do smutnych statystyk. Jakże samolubna
rzeczą była moja drobnomieszczańska tęsknota za stabilizacja?
Moje pragnienie zabezpieczenia sobie, poprzez filantropię,
życia wiecznego? Kilka miesięcy temu wraz z moja przyjaciółka
roznosiłyśmy po jadalni suchy prowiant, który ludzie zabierali
do domów. Kiedy zbliżyłam się do jednego ze stolików, zauważyłam
dwudziestoletniego, niepełnosprawnego mężczyznę. "Ja też
chcę być kochanym!" wykrzyknął, nie troszcząc się o prawidłowy
szyk wyrazów. Chociaż jego wzrok nie był skierowany na konkretna
osobę wiedziałam, że adresował je do mnie. Moja przyjaciółka
obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem i obie szybko wróciłyśmy
do pracy. Czułam się winna, że zignorowałam krzyk tego człowieka
i sfrustrowana, bo nie wiedziałam, jak na nie odpowiedzieć.
Kiedy innym razem przechodziłam obok niego, usłyszałam,
jak ponownie wymamrotał coś pod nosem. był to bardzo delikatny
szept, szloch raczej, pytanie, które dotknęło mnie Jak żadne
inne dotąd: "Dlaczego nikt mnie nie widzi? Czy ja jestem
szyba?" Zdałam sobie sprawę, że nie chciałam nawiązywać
z bezdomnymi żadnych relacji, ponieważ w głębi serca gardziłam
nimi. Niewinne stwierdzenie tego człowieka skonfrontowało
mnie z prawda o sobie. Uzmysłowiło mi, jak bardzo wszyscy
ludzie potrzebują zapewnienia o tym, że są godni miłości
i zasługują na uwagę. Podtrzymywanie na duchu jest równie
ważne jak podsunięty talerz zupy, być może nawet ważniejsze.
Bezdomni mogą otrzymać posiłek od kogokolwiek, ale kto będzie
na tyle hojny, by rozpocząć rozmowę zainteresować się ich
życiem