Wszystko
wydarzyło się na „Moście Spojrzenia”. Kilka lat temu znaleziona została stara, mocno nadszarpnięta przez ząb czasu rycina przedstawiająca ołtarz: „Jan Chrzciciel i cherubiny”.
 |
Z
informacji które udało się zgromadzić wynikało, że ołtarz
jest dziełem Wita Stwosza, chociaż historycy sztuki niewiele
wiedzieli na jego temat. Według znawców przedmiotu średniowieczny
zabytek miał ulec zniszczeniu, przegrywając z bezmyślnością
konserwatorów, pomysłowością korników i żywiołem ognia.
Trudno dociec, co przeważyło: chęć zmierzenia się z ręką
mistrza, aura tajemnicy spowijająca zaginione dzieło sztuki,
posmak przygody czy urzekająca pięknem, gipiura drewnianych
koronek.
W każdym razie stało się: rzucono zuchwały w swojej odwadze
pomysł zrekonstruowania, wyrzeźbienia na nowo ołtarza Jana
Chrzciciela. Nawet laik domyśla się, że przedsięwzięcie
tego typu wymaga kilku, jeśli nie kilkunastu lat pracy,
profesjonalizmu i szczególnego wariactwa, które niektórzy
nazywają obsesją artystyczną. Wyzwanie podjęła 13-osobowa grupa
pasjonatów-snycerzy. Połączyła ich wiara przekraczania
"niemożliwego" i radość wspólnego działania.
 |
Zanim w ruch poszły dłuta, młotki i dłutka trzeba było zaopatrzyć
się w materiał do wyrzeźbienia ołtarza, tzn. lipowe drewno.
Właśnie ono posiada warunki technologiczne, przyjazne zarówno
dla snycerzy jak i rzeźbiarzy. Jest na tyle zwięzłe, jednorodne
i twarde, że można wypracowywać w nim szczegóły, ale i na
tyle miękkie, żeby nie sprawiać większych trudności w obróbce.
Zgodnie z tradycją drzewo przeznaczone do rzeźby powinno
mieć określoną wilgotność, co znaczy, że powinno przejść
długi proces suszenia. Na Ołtarz Mariacki dla przykładu
drewno schło około 100 lat. Część potrzebnej na ołtarz lipy
znajdowała się w szkolnej suszarni - leżakowała w balach
prawie 12 lat. Po brakującą część drewna wybrano się do
nadleśnictwa, gdzie akurat przeprowadzano sezonową wycinkę.
Tam zakupiono surowiec na pniu, wybierając drzewa lipowe:
równe. o prostym pniu. bez zranień i pęknięć i o odpowiedniej
średnicy. Drzewo przeznaczone do rzeźby nie może mieć skaz
ani ukrytych wad. Często właśnie lipy (z racji swoich rozmiarów)
ściągają uderzenia pioruna w efekcie z zewnątrz wyglądają
na zdrowe, ale ich rdzeń jest już spróchniały. Po upływie
czasu chore drzewo zaczyna "pracować", odkształca się i
deformuje.
Minął miesiąc. Klasa snycerki zgodnie ze szkolną rozkładówką
wycieczek wyjechała do Krakowa. Pod wieczór, zmęczeni zwiedzaniem
historycznego grodu. młodzi marzyli już tylko o odpoczynku.
W pobliżu znajdował się jednak Kościół św. Floriana. Weszli
do środka (jak się okazało tuż przed jego zamknięciem) i...oniemieli.
W półcieniu bocznej nawy znajdował się ołtarz ze starej
ryciny. Ich ołtarz. Trzeba było zmierzyć się z "rozczarowaniem"
(jednak przetrwał?!) i artystyczną ambicją (powielenie to
odtwórczość a nie twórczość!).
 |
Czy
warto było porywać się z motyką na księżyc, skoro ołtarz
zachował się? Ostatecznie przekonał ich stan zabytku - próchno
sypało się ze wszystkich stron.
Po powrocie do Lublina wzięli się ostro do pracy. Pierwszym
etapem było rzucenie na ścianę foliogramu ryciny i przeniesienie
go m skali 1:1 na karton. Odrysowywano najbardziej pracochłonne
detale snycerskie: pinakle (elementy "sterczące"), baldachim
koronek. Wieżyczki i naczułki. Całość ołtarza podzielona
została na segmenty, za nią też poszedł podział pracy grupy.
Przyszedł czas na (wykonanie modeli z plasteliny i gliny.
Po tym wszystkim dopiero powstawały odlewy gipsowe, służące
do przeniesienia poszczególnych płaszczyzn ołtarza w drewno.
W ramach wolnej interpretacji zamieniono portrety ze sceny
balkonowej oryginału. Tam, gdzie umieszczone były portrety
współwykonawców ołtarza, najprawdopodobniej uczniów z pracowni
Wita Stwosza, teraz miały znaleźć się ..główki" współczesnych
snycerzy.
Stopniowo entuzjazm zaczął ustępować miejsca morderczemu
zmęczeniu, mozół cyzelowania, dopracowywanie szczegółom,
monotonia kształtowania formy krok po kroku. Okazało się.
że głowa Salome z płaskorzeźby znalazła się za blisko tła.
gdy tymczasem na rycinie pochylona jest dynamiką tanecznego
kroku w lewo. Należało ją odciąć i zacząć pracę nad nową
wersją (historyczny remis 1:1!). Pojawił się nowy problem.
W jakim geście, pod jakim kątem powinny się znaleźć dłonie
ewangelicznego przyjaciela Jezusa?
 |
Dla
Beaty to nie lada wątpliwość, ponieważ w krakowskim oryginale
prawa dłoń Jana zakończona jest kikutem. Fryzury cherubinów
zaczęły śnić się Jarkowi po nocach, w końcu każdy z aniołów
posiada inne "uczesanie". (Brak konsekwencji koncepcyjnej
fryzur uchodzi za identyfikator artystyczny mistrza Wita).
Normą stały się późne powroty do domu. Zajęcia w pracowni
pochłaniają coraz więcej czasu, odlewy gipsowe zakończono
o 3 godzinie w nocy. Żywiczny zapach drewna unosi się nad
głowami. Jak w niemym filmie zatrzymują się kadry. Cherubin
zastygł w przyklęku, drży taca z głową proroka.
Tomek Błażejczyk - konstrukcja,
płaskorzeźba
Zbigniew Kolasa - konstrukcja,
kolumny, korony
Artur Pluta - zwieńczenia,
ornament na plecach, dokumentacja fotograficzna
Michał Próchniak - konstrukcja,
korony (nad grupą główną)
Bartosz Rejmak - koronka główna
Magdalena Rudko - płaskorzeźba
Jarosław Skoczylas - grupa
główna
Magdalena Sprawka - zwieńczenia
(góra)
Marcin "Stefan" Stefański
- konstrukcja, zwieńczenia skrzydeł, balkony
Beata Urniaż - grupa główna
Weronika Wójcik - płaskorzeźba
Artur Zdun - płaskorzeźba,
dokumentacja fotograficzna
Joanna Żurawska - portrety
grupy na balkonach
Opiekun
grupy snycerskiej:
dr historii sztuki Ewa Małek